Przeczytaj wywiad ze Zbyszkiem Malickim, grafikiem 2D w Arma Hobby, modelarzem skupionym na tematach japońskich, szefem projektu Hayate i prezesem IPMS Warszawa:

Grzegorz Mazurowski – Twoje modele można obejrzeć na Twoim fotoblogu

http://sklejanie.blogspot.com/

Zbyszek Malicki – Jakiś czas temu postanowiłem spróbować zrobić sobie prostą stronę na którą wrzucam zdjęcia swoich modeli. Strona ma już ponad 10 lat, ale można tam znaleźć i jeszcze starsze modele. Wszystkie – jest ich kilkadziesiąt – związane są z obszarem Pacyfiku, bo to mnie najbardziej interesuje. Wrzucam tam zdjęcia na zasadzie galerii, nie ma tam zdjęć warsztatowych, tylko gotowe modele. Udzielam się też na forach, tam pokazuję także zdjęcia warsztatowe. Muszę przyznać że bardziej mi się podoba luźny styl zagranicznych forów, gdzie widać że ludzie robią modele dla siebie, dla przyjemności, a nie dla złotych medali. Oczywiście nie o to chodzi, by wszyscy zachwycali się „jaki cudny model” gdy pokażesz słaboszczaka, ale rodzaj podejścia do hobby jest zdrowszy. Co nie znaczy że mam coś przeciwko konkursom i medalom,  o nie.

Bierzesz w nich udział?

Tak, biorę udział w konkursach, czasem nawet dostaję jakieś nagrody, choć niezbyt często, zwłaszcza ostatnio z powodu pandemii konkursów wiele nie było. Ale byłem ostatnio w Łasku, lubię tam jeździć, to jest duża impreza, można odwiedzić lotnisko, obejrzeć F-16, zrobić mnóstwo zdjęć, to dodatkowe atrakcje które organizowane są w ramach konkursów modelarskich. Inne konkursy też są ciekawe, byłem na przykład w czeskim Brnie. Nie byłem jeszcze na Węgrzech w Moson, choć jest to wśród polskich modelarzy popularny konkurs, moi koledzy jeżdżą tam regularnie. Być może się tam wybiorę.

A sukcesy?

Co ja mogę się chwalić, wielkich nagród nie zdobywam, nie są to żadne puchary, co najwyżej wyróżnienia. Nie wykonuję modeli pucharowych, choć może i bym potrafił, na zasadzie takiej żeby coś rozbebeszyć. Ale w Łasku dostałem kiedyś fajną nagrodę. Dla kogoś kto zdobywa tylko wyróżnienia, w postaci medalu czy dyplomu, to jeśli dostaniesz nagrodę w kategorii średniej wartości czy topowej, to zawsze jest to zachwyt. I w Łasku, nie ostatnio, trochę dawniej, udało mi się zdobyć taką nagrodę – żeby było ciekawiej – w kategorii dioram, czym byłem bardzo zaskoczony – za pokładowego Hurricane na wyrzutni. To była najcenniejsza nagroda jaką dostałem.

Działasz też w IPMS Warszawa…

Nazywamy się IPMS Warszawa, ale tak naprawdę to jest nieformalna grupa modelarzy warszawskich, którzy spotykają się regularnie na tak zwane pogaduchy. Prezentują swoje prace na tych spotkaniach, takie w trakcie roboty, i takie już zbudowane. No i jestem tam uważany za prezesa tej organizacji. Ja się trochę śmieję z tego, bo to raczej honorowy tytuł. Jest kilku chłopaków dużo bardziej zaangażowanych w prace grupy, wielokrotnie mówiłem żeby się nie wygłupiali, ale mówią: „nie, nie, ty jesteś prezesem dożywotnio i koniec”. To się wzięło stąd, że ta grupa powstała na skutek moich działań, mnie na tym zależało.

Jak to było?

Po zawodach w Brnie, na których byłem z małą grupą 4 osób chyba, rozmawialiśmy o takiej grupie, żeby ją stworzyć, a właściwie wskrzesić, bo wcześniej była już w Warszawie podobna grupa ale przestała istnieć. Ale rozmowy rozmowami, a w końcu sam zostałem z tym tematem, ale stwierdziłem: nie poddam się, spróbuję. No i na pierwsze spotkanie, takie oficjalnie już zorganizowane, przyszły chyba ze 3 czy 4 osoby. I w takim gronie, nie większym niż 5-6 osób, spotykaliśmy się przez pierwszy rok. Ale potem z miesiąca na miesiąc coraz więcej ludzi przychodziło. I w tej chwili oficjalnie mamy w grupie 32 osoby.

Fotorelacja ze spotkania IPMS Warszawa: link

Spotkanie grupowe 9.11.2021

Nie jesteśmy prawnie zorganizowani, i nazwa IPMS Warszawa też jest tylko zwyczajowa. Około połowa z nas oficjalnie należy do IPMS Polska, natomiast my nigdy nie zarejestrowaliśmy się, bo nigdy nie mieliśmy czasu na takie zaangażowanie by robić te walne zebrania, wybierać skarbników itp. Jesteśmy grupą koleżeńską, spotykamy się by pogadać o modelach przy piwku w knajpie, ale na bardziej oficjalne akcje nie ma w Warszawie klimatu. Co jakiś czas pojawiają się nowi, ktoś kogoś przyprowadza. Ale poza spotkaniami jeszcze robimy Babarybę.

Co to jest Babaryba?

To są bardzo fajne zawody modelarskie, właściwie to były, bo przez pandemię mieliśmy dwuletnią przerwę, ale w tym roku znowu planujemy je zrobić – tylko teraz z kolei jest problem z salą, bo w hali w której się Babaryba odbywała teraz mieszkają uchodźcy z Ukrainy.

To jest hala sportowa na Ursynowie?

Tak – ogromna i klimatyzowana. A klima jest w czerwcu ważna. Kto przyjeżdża jest zachwycony, inne zawody często ciężko przetrwać gdy nie ma w salach klimatyzacji, a tu mamy luksus. Na ostatnich zawodach mieliśmy półtora tysiąca modeli, plastikowych i kartonowych. We wszystkich kategoriach, z czego ok. 800-900 plastikowych.

Ile tych konkursów już zorganizowaliście?

Pierwsze konkursy jeszcze nie nazywały się Babaryba, były chyba dwa, potem już zaczęliśmy robić jako Babaryba, też dwa się udało dotychczas zorganizować, w 2018 i 2019 roku, a potem nam wlazła ta pandemia… Zawody zorganizowane są we współpracy z Dzielnicą Warszawy Ursynów, to jest w ramach Dni Ursynowa.  (bez niej nie byłoby tej pięknej hali). My ogarniamy całą resztę…

Fotorelacja z Babaryby 2019 na stronie IPMS Warszawa:  link

Babaryba 2019

Na tych konkursach też są dodatkowe atrakcje, mieliśmy kiedyś na przykład prawdziwy czołg Leopard, można było do niego wejść, pogadać z żołnierzami, to dzięki współpracy ze Sztabem Generalnym Wojska Polskiego, który objął patronat nad festiwalem, Szef Sztabu Generalnego jest obecny i osobiście wręcza „Nagrodę Szefa Sztabu Generalnego”. Jeden z naszych klubowych kolegów – Andrzej, dzięki swoim szerokim kontaktom, załatwia wszystkie rzeczy związane z wojskiem. Poza Leopardem mieliśmy też kiedyś przedwojenną tankietkę, z Muzeum Wojska Polskiego, też dzięki Andrzejowi. Organizujemy także warsztaty modelarskie dla młodzieży, sponsorzy dają modele, narzędzia, i pod opieką kolegów klubowych dzieciaki sklejają modele, które mogą potem zabrać do domu. No i jest oczywiście giełda modelarska, którą też my obsługujemy. Konkurs ma może niezbyt długą tradycję, ale jest ogromny, myślę że porównywalny z Moson. Nie odważę się powiedzieć że jest największy w Polsce, ale bardzo duży. Na pewno podobnej wielkości były zawody w Bytomiu. Pamiętam gdy przyjechali Szwedzi i robili ze mną wywiad, jako z organizatorem, byli w wielkim szoku, że to są tak duże zawody. Bo one rzeczywiście są duże.

Ile masz modeli w szafie?

W szafie nie mam, bo nie trzymam modeli w szafie. Ale mam jakieś 250 modeli w pudełkach, jak typowy modelarz kupuję więcej modeli niż sklejam. Staram się ograniczać do II wojny światowej na obszarze Pacyfiku, no i jeszcze do łodzi latających i śmigłowców.

Jeśli chodzi o medium, to tylko plastik?

Nie boję się modeli żywicznych. Nie za dużo może mam ich zlepionych, ale są, a w magazynie jest ich sporo. Z żywicznych skleiłem m.in. Mitsubishi A5M „Claude”Choroszego i rozpoznawczego Spitfire z Arma Hobby (pod marką Attack Squadron). No ale ten Spitfire to sklejał się jak dobry model z plastiku, prawie sam się złożył i byłem w ogromnym szoku jak to jest możliwe, aby żywiczny model się tak złożył.

To pewnie zasługa cyfrowego projektowania?

To zasługa Marcina Ciepierskiego który ten model projektował. Naprawdę, sklejało się go łatwiej niż wiele modeli plastikowych. Ale żywicy się ogólnie nie boję.

Czy nad jakimś modelem szczególnie się napracowałeś?

Dużo pracy kosztował mnie np. Thunderbolt Academy, wpakowałem w niego wszystkie możliwe żywice. To był model który wymagał wiele wytężonej pracy, czyli tego, co w modelarstwie lubię. Teraz jest Thunderbolt Tamiya, można go wziąć i sobie przyjemnie go zlepić, i wszystko w nim jest, ale kiedyś kupiłem model Academy i mnóstwo żywicy do niego – przecież tego nie wyrzucę. Usiadłem i powiedziałem: zlepię go. Trzeba było to porżnąć, wyciąć, wnęki podwozia, silnik, wymienić na żywicę. I na końcu dołożyłem mu wyrzutnie bazooka z Tamiyi. Czasem lubię się tak bawić.

 

Wątek warsztatowy Thunderbolta Academy na Britmodeller: link

A najprzyjemniejszy model w sklejaniu?

Najlepsze modele robi Tamiya. One same się składają. Na przykład „Zero” Tamiya , jest to najprzyjemniejszy model jaki sklejałem, właściwie on się sam skleił, ja go tylko pomalowałem. Nasze modele, Arma Hobby, też się przyjemnie klei, choć są łatwiejsze i trudniejsze, na przykład Wildcata sklejałem już dwa razy, jest dobry, ale ma skomplikowane podwozie.

F4F-4 Wildcat® Expert Set – Galeria – Zbyszek Malicki

Wildcat Mk VI SEAC – Galeria – Zbyszek Malicki

Mustang też jest bardzo przyjemny, choć ja wybrałem wariant z płetwą, w którym trzeba kawałek plastiku odciąć, to jest nieco trudniejsze.

P-51 C Mustang – Galeria – Zbyszek Malicki

A Hurricane Mk.IIc sam mi się sklejał, jak Tamiya.

Co robisz w Arma Hobby?

Jestem desktop publisherem, całe lata pracowałem w gazetach przy składzie. No i jakoś tak wyszło że poznałem Marcina Ciepierskiego, współwłaściciela Arma Hobby, on przychodzi do nas na spotkania grupy IPMS Warszawa, znałem Armę, wiedziałem co tu się dzieje, bo Marcin opowiadał. W pewnym momencie zaproponowałem że mogę coś dla nich rysować, i chcieli spróbować. Więc zacząłem rysować kolorowanki do instrukcji, nie całe instrukcje, ale te barwne schematy malowań, to chyba był Hurricane I. Ale to było tylko zlecenie na te kolorowanki. A potem jakaś stała robota mi się skończyła, byłem dostępny i Marcin z Wojtkiem się zdecydowali. Teraz robię dla Army wszystko co da się wydrukować na papierze. W 2D. Instrukcje, kolorowe obrazki do nich i na stronę, reklamy, pudełka – to znaczy pudełko to nie jest mój projekt, ale ja je składam, z projektu graficznego który jest taki sam dla każdego pudełka, montuję z boxartem który inny artysta maluje, kalkomanie też projektuję. No i jak potrzeba to robię risercz do malowań. Przy Hayate zwłaszcza, bo ja się interesuję Japonią, to na mnie to spadło. Czasem i przy innych projektach wynajduję, proponuję jakieś malowania nietypowe, na przykład pudełko ze szkolnymi i testowymi Wildcatami, jeden z nich był nawet żółty, to był mój autorski projekt (link).

A Hayate – współpracowałeś z Jarkiem Jaworskim?

Znalazłem kiedyś na facebooku grupę o japońskich samolotach, dołączyłem do niej, a Jarek tam publikuje. Dosyć szybko można się zorientować – raz, że jest pasjonatem, a dwa, że ma wiedzę. Albo dostęp do wiedzy. Bo ta jego wiedza jest szersza niż można znaleźć w książkach. Przynajmniej tych dostępnych w Polsce. A Jarek – widać w tych jego wpisach, że on wie więcej. Z tego co ja wiem, on po prostu przyjaźni się z ludźmi z Japonii. I stąd bierze się ta jego wiedza pogłębiona. Gdy zaczęliśmy pracować nad Hayate, pomyślałem, że można go włączyć w te prace. A on się chętnie zgodził. No i Jarek opisuje dla nas historie poszczególnych samolotów czy pilotów na naszego bloga.

Schematy malowań wybieraliście razem?

Nie, wybrałem je ja, starałem się wybrać maksymalnie atrakcyjne. Nie było to takie łatwe, bo malowania japońskich samolotów to temat dość trudny, musimy wnioskować sporo na podstawie czarno-białych zdjęć. No i zdarzyło się tak, że jedno z malowań powinno mieć inny kolor niż ja zaproponowałem. Już po publikacji tych wizerunków się okazało. Wydawało mi się, że powinien być ciemnozielony, a okazało się że trzeba to zmienić.

Ktoś na to zwrócił uwagę?

Tak, po publikacji pierwszych materiałów na naszym blogu mieliśmy feedback od kilku osób, jeden japoński modelarz do nas napisał maila, Nick Millman, który umieścił zapowiedź naszego modelu na swoim świetnym blogu o japońskich samolotach też zwrócił na to uwagę w komentarzu (link).

No i Jumpei Temma do nas napisał, że ten kolor powinien być bardziej brązowy. Więc zmieniliśmy malowankę i instrukcję. Jeszcze był na to czas. Inny modelarz z kolei napisał o liniach wyznaczających na płacie zbiornik paliwa – że powinien być też w kalkomaniach wariant żółty, oprócz czerwonego. Ja tego początkowo nie dostrzegłem, ale po zwróceniu uwagi na niektórych zdjęciach zacząłem to dostrzegać. I zdecydowaliśmy wydrukować dodatkowy arkusik kalkomanii z żółtymi oznaczeniami. Ale zdążyliśmy.

Ale bywa i odwrotnie. Wrzuciłem kiedyś na fora zdjęcia mojego modelu szkolnego dwupłata Tachikawa Ki-9 w wersji samobójczej, z beczką materiałów wybuchowych w drugiej kabinie. I ten samolot, jako szkolny, był malowany kolorem pomarańczowym, a w wersji samobójczej wszystkie firmy modelarskie pokazują go z pomarańczowym spodem, a górą pomalowaną w maskujący kolor oliwkowozielony. Ale ja często lubię pójść wbrew temu, co jest popularne. I pomalowałem ten samolot cały kolorem zielonym, ale w taki sposób, że spod zieleni, nieco obdrapanej, wychodzi kolor pomarańczowy (link).

Bardzo efektownie to wygląda!

Tak, dostałem za ten model kilka wyróżnień na konkursach. Gdy pokazałem ten model na forach, dostałem taki feedback, że chyba się z tym malowaniem pomyliłem, że samolot powinien być pomarańczowy, bo był szkolny, że co najwyżej malowali na zielono górne powierzchnie itd. Na co ja odpowiedziałem że wiem, że tak malowano szkolne samoloty, ale swoją koncepcję oparłem na zdjęciach – kolorowych, już powojennych, tych samolotów przejętych przez Koreańczyków. I te samoloty są całe zielone z prześwitami, obdrapaniami. A czytałem, że samoloty samobójcze były czasem malowane całe na zielono, jak samoloty nocne. I tak zdecydowałem. A po roku – co się okazało? Wypłynęły zdjęcia tych samolotów, poprzewracanych, postawionych na nosach – całe zielone, także od spodu. Okazało się że miałem nosa. Ale tak wygląda sprawa z japońskimi samolotami, nic nie jest pewne. Dlatego to jest takie ciekawe!

Zobacz jeszcze:

„Ta robota jest ciekawa” – wywiad z Maciejem „Wroną” Wrońskim, projektantem 3D z Arma Hobby

Jak Powstało Logo Arma Hobby

This post is also available in: English